Długi powrót do Sanoka…

Paryż w czasach zarazy (fot. autor)

Początek pandemii koronawirusa COVID-19 w Europie zaskoczył mnie podczas wizyty u znajomych we Francji. Chociaż śledziłem dokładnie wydarzenia w chińskim Wuhan, jak większość z nas nie podejrzewałem jak szybko i gwałtownie ten wirus pojawi się w Europie. Coraz większa liczba zarażonych we Włoszech zapaliła w mojej głowie lampkę ostrzegającą o konieczności szybszego powrotu do kraju. We Francji zarażonych koronawirusem było dopiero kilka osób, w dodatku daleko od Burgundii w której przebywałem. Zresztą mała wioska położona  nieopodal Beaune, na południe od Dijon oraz częstotliwość spotykania jakichkolwiek innych osób dawała poczucie tymczasowego bezpieczeństwa. Sytuacja jednak uległa gwałtownym zmianom, liczba zakażonych osób rosła, a dynamika zamykanych granic i odwoływanych połączeń międzynarodowych wprawiała w osłupienie. Zamawiane na najbliższe daty połączenia samolotowe, autokarowe i wszystkie inne dostępne w ciągu godzin stawały się już nieaktualne. Powrót do Polski stawał pod znakiem zapytania, a perspektywa przymusowego pozostania we Francji okazywała się coraz bardziej realna. Co ze względu niepełne pokrycie przez polskie ubezpieczenia kosztów szpitala (w razie W), napawało mnie lekkim niepokojem. Zamknięcie polskich granic, zakaz wychodzenia z domu bez pisemnego potwierdzenia wprowadzony przez prezydenta Macrona oraz wyprowadzenie policji i wojska na francuskie ulice, w celu jego weryfikacji, nie uspokajała napiętej już sytuacji.

Spokojna prowincja w Burgundii (fot. autor)

W momencie zamknięcia granicy francusko-niemieckiej moja sytuacja wydawała się już beznadziejna, a perspektywa przymusowego pozostania w pięknej skądinąd Francji coraz bardziej realna. Wskutek poruszenia nieba i ziemi, oraz wykonania setek telefonów do Polski udało mi się cudem kupić bilet na ostatni autokar, który odjeżdżał z Paryża i okrężną drogą  przez Belgię mógł dowieźć mnie do Polski. W końcu jak umrzeć z powodu jakiegoś małego wirusa to w domu, na ojczystej ziemi, nie narażając tym samym najbliższym na kosztowne sprowadzanie zwłok do kraju. Cóż proza życia…i śmierci. Zawsze najbardziej boimy się nieznanych i nie widocznych strachów. Ten był właśnie nieznany i niewidoczny. Bilet już w miałem w garści…no dobrze, nie w garści, a wirtualnie w telefonie, ale był. Teraz pozostał problem – jak z małej wioseczki koło Beaune, dostać się do Paryża, w momencie kiedy obowiązuje zakaz wychodzenia z domów, a większość środków transportu została zawieszona. Po dłuższych poszukiwaniach i pomocy moich francuskich znajomych siedziałem już w lokalnym pociągu, po to by w Dijon przesiąść się w TGV do Paryża.

Francuski TGV gotowy do startu (fot. IN)

Zawsze marzyłem, żeby pomknąć w dal francuskim, superszybkim pociągiem, patrząc na rozmywające się za oknem, wskutek prędkości, krajobrazy. Marzenie się spełniło, ale okazało się niezwykle surrealistycznym przeżyciem.  W, gumowych rękawiczkach, okularach i apaszce na twarzy (maseczki były nieosiągalne) wyglądałem zapewne dość osobliwie. Na szczęście w całym wielkim i długim TGV podróżowało zaledwie kilka osób. Każdy z podróżujących miał do dyspozycji swój własny V.I.P. wagon. Nigdy nie należałem do osób strachliwych, jednak walka z niewidzialnym wrogiem, wydaje mi się co najmniej nierówna. Wyposażony w płyn do odkażania i naprędce przygotowane z kompletu pociętej, bawełnianej pościeli, jednorazowe „pokrowce”.  Zakrywając wszystkie siedzenia, na którym usiadłem, przypomniałem sobie „Dzień Świra” z Markiem Kondratem. Życie pisze naprawdę śmieszne scenariusze. Wreszcie dotarłem do Paryża, niestety, nie na ten jego koniec, z którego odjeżdżają autokary do Polski, a na ten, po zupełnie przeciwległej stronie francuskiej stolicy.. Mając w kieszeni wymagane pismo, w którym widniało. gdzie i dlaczego się poruszam, bez obawy mijałem patrole wojska i policji. Kilka razy w życiu odwiedziłem Paryż, jednak nigdy to miasto nie było tak smutne i przygnębiające. W tej apokaliptycznej scenerii dotarłem do budynku międzynarodowego dworca autobusowego.

Francuskie wojsko patroluje ulice Paryża (fot. autor)

W związku z tym, że nieszczęścia, ponoć chodzą parami, dworzec zamknięty był na cztery spusty. Taksówkarze, którzy zawsze w takich sytuacjach są nieocenionym źródłem informacji stwierdzili, że stąd na pewno żaden autobus dzisiaj nie pojedzie (sic!). Pani w polskim biurze mojego przewoźnika, przez telefon oznajmiła, że o niczym nie wie. Masakra. Po kilku godzinach oczekiwania, autobusy w ilości sztuk trzy, nadjechały jednak w zupełnie innym miejscu. Ale jakże radosny to był widok, powiedziałbym porównywalny z ostatnim odlatującym promem kosmicznym relacji Księżyc-Ziemia. A my stojąc, ubrani w kosmiczny skafander, możemy na niego nie zdążyć. Jeszcze tylko przymusowy pomiar temperatury przez pilotkę, przez głowę przelatuje myśl, a gdybym miał lekki katar. Ale nie mam, wymarzone 36,5 C na termometrze i jestem już w autokarze, ocalony z pożogi. Tylko 24 godziny i będę w domu. No chyba, żeby dłużej, bo właśnie dostaliśmy informacje o 16-godzinnych korkach na obwarowanej polskiej granicy.

Walka z pandemią na polskiej granicy (fot.IN)

Na granicy kolejka okazała się jednak dużo krótsza, a sprawność służb  w kosmicznych skafandrach wręcz zadziwiająca. Wypełnienie kartki z numerem telefonu i adresem pod którym będę odbywał przymusową 14-dniową kwarantannę i już jestem w kraju mlekiem i miodem płynącym, z dala od pandemii i trosk reszty świata. Po przyjeździe do domu mam się sam zameldować w Sanepidzie, do którego nikt nie dał mi numeru. Ale przecież jestem zdolny, sam znajdę. Według ustalonych procedur kwarantanna zaczyna się w domu następnego dnia po przekroczeniu granicy. Hmh… mówię więc taksówkarzowi podwożącego mnie do domu, o tym, że wracam zza granicy i mam od jutra kwarantannę. Nie widzi problemu, Ok. i tak ma lepiej niż niepoinformowani, we wszystkich pociągach, współpasażerowie osób ściąganych przez LOT z innych krajów. Z ciekawości sprawdzam ceny lotów polskich linii lotniczych, zorganizowanych w  ramach pomocy Polakom. Ups…tak bardzo pomocnych cen dawno nie widziałem. Ale co się tam dziwić, prawdziwy patriota powinien dbać narodowego przewoźnika, a nie narzekać.

Jestem w domu! Wyjątkowo prawdziwe i aktualne wydaje mi się przysłowie, Wszędzie dobrze, ale domu najlepiej. Czas pokuty rozpoczęty. Nie narzekam, mam gdzie spędzić kwarantannę,nie muszę płacić za hotel w sanockim Mosirze, również w ramach Covid-owej pomocy. Nie można się dziwić, to był zły rok dla Mosiru. Najpierw potop, teraz zaraza, strach pomyśleć, kiedy przyleci szarańcza.

 W przepastnej toni Internetu odnajduję numer sanockiego Sanepidu. Dzwonię, melduję się i zaczynam skrupulatnie mierzyć temperaturę. Robię porządki, czytam książki i oglądam w telewizji, co wielcy tego świata mówią o pandemii. Mówią, że codziennie będę miał kontrolę z Policji i Sanepidu. Świetnie, dla zamkniętego w domu i odciętego od świata potencjalnego korono-posiadacza to zawsze jakaś rozrywka. Według ustaleń na granicy najpierw zadzwonić, po to na granicy podawałem swój numer, pilnuję więc codziennie telefonu, gdyby zadzwonili. Zastanawiam się, czy lepiej będzie mnie widać z okna czy z balkonu. Mija parę dni i nic. Czuję się rozczarowany, niczym mały chłopiec, który przegapił jadący ulicą radiowóz na sygnale. W telewizji politycy mówią z przekonaniem, że trzeba ściągnąć aplikację do kontroli kwarantanny.

Przydatna aplikacja w walce z pandemią (żródło gov.pl)

Ok. Przecież to dla dobra nas wszystkich, co tam sieciowa inwigilacja. Próbuję ściągnąć, niestety się nie da (sic!), na pewno o mnie zapomnieli. Biorę telefon i dzwonię do Sanepidu, no bo przecież nie na Policję. Bardzo miła pani pyta o temperaturę. Mam 36,4 C. Pani mówi, że wszystko ok., żebym dzwonił jak będę chory. Może nie będę. Znów jestem sam. W sumie nie ma się co dziwić, tyle zamieszania mają ostatnio wszyscy w Sanoku. Najpierw salmonella teraz zaraza. Trochę mi smutno, że żadna ze służb nie chce mnie odwiedzić, tak jak wszystkich tych osób, na kwarantannie, o których mówią w telewizji. Tłumaczę sobie, że widocznie mają do mnie duże zaufanie i wiedzą, że jako wzorowy obywatel i patriota będę grzecznie siedział w domu, nie narażając innych obywateli. To się nazywa zaufanie społeczne, nie tak jak w tej Francji.

Piotr Piegza

Ps. Podsumowując, na mojej 14-dniowej kwarantannie,

  • Przeczytałem kilka zaległych książek.
  • Obejrzałem kilkanaście niezłych filmów.
  • Doprowadziłem dom prawie do doskonałości.
  • Żadna ze służb nie odwiedziła mnie ani raz, aplikacji tez nie udało mi się ściągnąć.
  • Doświadczyłem pomocy przy zakupach, w tym także pomocy osób z lokalnych instytucji, niestety nieoficjalnie… za co jednak bardzo dziękuje!
  • Osobiście sprawdziłem różnice, między tym co na szklanym ekranie, a rzeczywistością.
  • Sprawdziłem 28 razy temperaturę, była w normie.
  • Nie doświadczyłem jakiegoś ogromnego hejtu, tak jak pewien pan na działce pokazywany w telewizji.

Zauważyłem natomiast, że społeczeństwo w czasach zagrożenia i kryzysu dzieli się na osoby, w których strach przed zarażaniem wyzwala najgorsze i nieobliczalne instynkty oraz takie, które właśnie w takich sytuacjach pomagają wszystkim w potrzebie, nie oczekując w związku z tym żadnych gratyfikacji. Właśnie Im dziękuje w imieniu wielu osób przebywających na kwarantannach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *