Jak budowa bieszczadzkiej kaplicy omal do bitwy pancernej nie doprowadziła

Mieszkańcy Nowiosiółek w Bieszczadach na przekór władzy w 1975 w jedną noc postawili nielegalną kaplicę. Budowę poprzedziła tragiczna śmierć miejscowego milicjanta, który wcześniej zarzekał się, że prędzej skona niż pozwoli na postawienie świątyni. Traf chciał, że inicjatywa miejscowych zbiegła się w czasie z akcją sprowadzenia do Baligrodu czołgu mającego stanąć na tutejszym rynku. Wierni widząc pojazd wzięli to za… próbę siłowej rozprawy z nimi, co omal nie doprowadziło do prawdziwej bitwy. Ten zbieg okoliczności sprawia, że cała ta historia jest gotowym materiałem na filmowy scenariusz.

Mieszkańcy Zahoczewia i Nowosiółek starali się o legalne zezwolenie na budowę kaplicy. Początkowo chcieli rozbudować przydrożną malutką kaplicę pw. św. Piotra i Pawła. Potem zmieniono plany i jesienią 1974 roku zaczęli nawet uprzątać miejsce po zburzonej cerkwi greckokatolickiej w Zahoczewiu. Równocześnie złożyli pismo do władz z prośbą o zgodę na budowę. Ówczesny proboszcz parafii Hoczew (do której należały wioski) odnotowuje w kronice parafialnej:  – Obserwuje się duży zapał mieszkańców do budowy legalnej. Boją się budować nielegalnie, bezprawnie, nie wierzą w swoje siły, w jedność ludzi.

Śmierć milicjanta

Czekając cierpliwie na pozytywną odpowiedź, wiosną w cegielni w Hoczwi rozpoczęli wypał cegły na budowę. Miejscowa władza nie szczędziła jednak złośliwych szykan. Nagle naliczono parafii „zaległy” za lata poprzednie podatek obrotowy w wysokości 59 tysięcy złotych i oczekując natychmiastowego uregulowania należności „zabezpieczono” na poczet kary deski odłożone na budowę kaplicy. Przy pensji oscylującej wówczas w granicach 2500 złotych należność nałożona na parafię była znacząca.

Nastroje we wsi stały się bardzo bojowe. Proboszcz oświadczył, że ludzie są tak zdeterminowani, że zbudują kościół bez zezwolenia. Lokalni notable, zdając sobie sprawę z nastrojów, reagowali po swojemu różnymi szykanami i złośliwymi decyzjami, cofając m.in. pozwolenie na budowę prywatnej betoniarni. W opinii mieszkańców prym wśród wrogich postawieniu świątyni funkcjonariuszy wiódł zwłaszcza mieszkający w Hoczwi, a pracujący na komisariacie w Baligrodzie milicjant, starszy sierżant Kazimierz Litera. Z wielkim przekonaniem i osobistym autentycznym „zaangażowaniem” wypełniał m.in. otrzymany od zwierzchników nakaz śledzenia ew. przygotowań do budowy kościoła i robienia wszystkiego, by do tego nie dopuścić. Publicznie miał też się wypowiadać, że: „prędzej ja tu padnę, niż tu powstanie kościół”.

Zrządzenie losu, czy też – jak przekonana była część miejscowych – ingerencja Opatrzności, sprawiła, że tuż przed zaplanowaną, nielegalną budową doszło do tragedii. W nocy 29 lipca 1975 roku starszy sierżant Litera w trakcie pościgu za sprawcami włamania do sklepu w Zahoczewiu został śmiertelnie pobity i zmarł w szpitalu w Krakowie po kilku godzinach. Sprawców szybko złapano. Jak podawały ówczesne „Nowiny” przy wydatnej współpracy obywateli. Gazeta, będą organem Komitetu Wojewódzkiego PZPR pisała:

Na uwagę zasługuje obywatelska postawa wielu mieszkańców Nowosiółek i Hoczwi, którzy współdziałali z funkcjonariuszami MO i przyczynili się do szybkiego ujęcia obu zbrodniarzy i złodziei […]”.

Jego pogrzeb – pierwszy całkowicie świecki w parafii! – odbył się 2 sierpnia o godzinie 16. Według Nowin – „[…] pogrzeb przekształcił się w powszechną manifestację uczuć, był potwierdzeniem faktu, że społeczeństwo tej ziemi wysoko sobie ceni trud i wysiłek, najwyższą ofiarę Zmarłego, który w obronie bezpieczeństwa innych, ładu i porządku poświęcił swe młode życie.  (Wg Kroniki parafialnej: Po pogrzebie milicja rozjechała się w swoje strony i wszyscy porządnie popili).

Budowa

Ledwie kilka godzin po pogrzebie milicjanta, w nocy, przystąpiono do wcześniej zaplanowanej budowy kaplicy. Gdy więc ustalono dzień budowy, licząc się z ostrą reakcją władzy, przygotowano specjalną odezwę do milicjantów. Nie musiano jej wprawdzie rozpowszechniać w dniu (nocy) budowy, ale jej tekst (szczególnie odniesienie do okupacji) pokazuje narastające napięcie.

„Drodzy milicjanci. Jak Wam wiadomo staraliśmy się o pozwolenie na budowę kościoła lub jedną z niszczejących cerkwi, ale nam odmówiono. Budujemy ten kościół z materiałów, które kupiliśmy za ciężko zapracowane pieniądze. Za okupacji nie miał wolności cały naród polski, dziś pewien procent Polaków wierzących nie ma pełnej wolności. W Ameryce, Francji i prawie na całym świecie buduje się kościoły w dzień, my niestety pomimo pięknej konstytucji musimy budować w nocy. Prosimy Was byście w tej sytuacji postąpili zgodnie z własnym sumieniem, jako uczciwi Polacy. Wspomnijcie dziś swoje matki, które uczyły Was w dzieciństwie pacierza, wspomnijcie na Wszechmogącego Boga, który nas wszystkich będzie sądził po śmierci. Nie walczcie bracia z nami i nie walczcie z Bogiem. Pozdrawiamy Was serdecznie”.

O tym co działo się owej nocy we wsi możemy przeczytać znów księdze parafialnej:

– Wieczorem, o zmroku grupa ściśle wtajemniczonych rozpoczęła ściąganie elementów. Około 22.00 zaczęły nadciągać grupy ludzi. O północy było nas ponad 500 osób. Montaż rozpoczął się około 23.00. Tempo było zadziwiające, budowa rosła w oczach. Noc była wyjątkowo ciemna i mglista. Oświetlenie stanowiły kieszonkowe lampki elektryczne. Gdy ukazywały się w oddali światła samochodów, zawiadamiali o tym obserwatorzy, lampki gasły. Dzięki czujności, budowy nie zauważył milicjant z Baligrodu, który patrolował tę trasę o 23.00 (02.VIII) i 2.00 (03.VIII). Nic nie widział również pracownik Urzędu Bezpieczeństwa – Cieślak, który tamtędy przejeżdżał o 2.00, a stały już krokwie i wieżyczka. Do 11.00 3 sierpnia 1975r. dokonywano poprawek i szklono okno. Około 9.00 rano, w niedzielę (03. VIII) przyjechała milicja z Leska, a za nią z Baligrodu. UB – owiec Cieślak wyszedł z samochodu (inni nie wysiadali) i kazał ludziom zaprzestać pracy, ale go nie usłuchali. Straszył, że przyjedzie milicja z Krosna i Rzeszowa aby przepędzić ludzi, ale nikt więcej nie przyjechał .

I dalej: Od samego rana 3 sierpnia przyjeżdżali ludzie z całej okolicy oraz turyści, przeżywali tam wielką radość ze zwycięstwa wiary i ludzi. Następne dni były czasem pilnowania kościoła przed rozbiórką i represjami Urzędu Bezpieczeństwa. […] Władze postawiły przy szosie znaki zakazu zatrzymywania się, aby kościół nie nabierał rozgłosu przez turystów. Odcinek objęty zakazem, to początek przysiółka Pohulanka, od strony Hoczwi do Podskały, koło Krajewskiego.

O godzinie 11 rano, 3 sierpnia, w zbudowanej w nocy kaplicy, odprawiona została pierwsza msza. Wydarzenie to było bez precedensu nawet w diecezji przemyskiej, której ordynariusz bp Ignacy Tokarczuk był znany z popierania – wg terminologii PRL „samowoli budowlanych” (wybudowano tu ponad 420 świątyń bez zgody ówczesnych władz!). Nie był to jednak koniec emocji tego dnia. Wkrótce bowiem rozniosła się wieść, że w okolicy pojawił się… czołg. Wieś zaczęła szykować się do obrony i w tej chwili cała historia nabiera elementów komediowych.

Jak to z czołgiem było

Na baligrodzkim rynku stał wówczas – w charakterze pomnika unikatowy lekki czołg T-70. Źródła są sprzeczne czy baligrodzki egzemplarz to uszkodzony w 44r. frontowy czołg sowiecki, czy może był używany w latach 1945-47 przez Ludowe Wojsko Polskie (LWP) do walki z UPA.  Został postawiony na podeście w centralnym punkcie rynku, jako pomnik ku chwale – jak to wówczas określano: wyzwolicielskiej Armii Czerwonej. W połowie lat 70-tych ktoś zauważył, że jest to jedyny egzemplarz w Polsce (w LWP użyto 53 wozy tego typu). Chrapkę na unikat zaczęła mieć poznańska Wyższa Szkoła Wojsk Pancernych, przy której utworzono w latach 60. Muzeum Broni Pancernej.

  Władze Baligrodu – początkowo były przeciwne tej idei. Nikt nie chciał pustego rynku, bo czołg – jakby nie było – wpisał się już w pejzaż miejscowości. Poznaniacy wynegocjowali jednak, że w zamian dostarczą inny czołg. „Wypuścili” baligrodzian, że dowiozą tu… „Rudego”, czyli znany z bijącego rekordy popularności serialu „Czterej pancerni i pies” model T-34, który będzie przyciągającą ludzi atrakcją turystyczną. Jednak owo „parcie” na wymianę było tak wielkie, że… lokalne władze zorientowały się, że przy tej okazji można wywalczyć coś jeszcze. I w umowie zaczęły pojawiać się dodatkowe warunki m.in.: chodniki wokół szkoły i rynku, boisko i ogrodzenie szkoły, itd. Umiejętnie wykorzystano sytuację. Dzięki czemu w latach 1973-75, żołnierze odbywający zasadniczą służbę wojskową w poznańskich jednostkach pancernych, przysługiwali się wzmocnieniu obronności kraju poprzez… wykonywanie robót budowlano-wykończeniowych w Baligrodzie!

  Wiosną 1975 roku – gdy już wszyscy zacierali ręce, że zbliża się koniec Operacji „Czołg”, z województwa przyjechali nowi urzędnicy i… zablokowali ostatni etap prac – wymianę postumentu pod pomnikowy pojazd (czołg T-70 ważył ok 9-10 ton, a T-34 ponad 30 ton). Dlaczego? Wszystkie dotychczas uzyskane zezwolenia i plany wydał wojewoda rzeszowski. Jednak od 1-01-1975 obowiązywał nowy podział administracyjny Polski i Baligród leżał wówczas w nowoutworzonym województwie krośnieńskim, więc… kołowrotek z otrzymaniem wymaganych pozwoleń ruszył od nowa. Kto pamięta te czasy domyśli się, że każda kolejna prośba czy podanie musiała mieć dodatkowy „załącznik”. Dowództwo poznańskiego Muzeum, było coraz bardziej zirytowane rosnącymi lawinowo kosztami tej wydawałoby się prostej wymiany.

  W końcu, jesienią 1975r – jak mawiał Pawlak z „Samych swoich”: „nadejszła wiekopomna chwiła”. W Poznaniu załadowano będący jeszcze na chodzie czołg T-34 i koleją dostarczono do Zagórza. Stąd na naczepie ruszył w swoją ostatnią podróż. Jednak konwój nie zajechał daleko, zatrzymując się przed huzelskim mostem. Żołnierze prozaicznie zapytali o jego nośność (ciągnik i naczepa z czołgiem ważyły ok. 50 ton!) i… tylko jeden tamtejszy gospodarz odpowiedział w miarę konkretnie: Panie, ciężarówka z przyczepą załadowane drewnem to przejedzie. Ale jak som dwie, to sie już razem na most nie pchajom.

Zawiadomiony o sytuacji poznański dowódca zrugał swoich podwładnych: Jak się pod wami zawali most, to straty w ludziach, sprzęcie i… most trzeba będzie odbudować. A już i tak wpompowaliśmy w te p… Bieszczady tyle pieniędzy. Radźcie sobie sami. Rozkaz jest rozkaz – przebadano więc okoliczne brody i po pozytywnym rekonesansie zdecydowano – było późne popołudnie – że nazajutrz czołg o własnych siłach przekroczy San.

„Jadą burzyć nasz kościół!”

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby… nie wracający z Leska do domów mieszkańcy Nowosiółek, którzy widzieli całe „przedmostowe” zajście z czołgiem. Po wspomnianej jednodniowej (a raczej jedno-nocnej) budowie, atmosfera we wsi była gorąca i podniosła. Z jednej strony radość i duma, że się udało, z drugiej ciągłe przesłuchania na milicji i groźby ze strony władz o wyciągnięciu konsekwencji i „zrównaniu z ziemią” tej „stodoły” – jak oficjalnie nazywano kościółek. Mając to w głowach i widząc żołnierzy krzątających się wokół czołgu na huzelskim przedmościu, wieść gminna szybko wyciągnęła „właściwe” wnioski: władza wcieliła w życie pogróżki, jadą burzyć nasz kościół!

  Szybko uradzono: zebrała się grupa kobiet, która w wypadku bezpośredniego ataku miała się położyć przed świątynią i czołg, chcąc ją zniszczyć, musiałby przejechać po nich. Chłopi ruszyli drogą do Leska szukając dogodnych miejsc, gdzie można byłoby wykorzystać „zapasy” zgromadzone „na czarną godzinę” (czyli różnej maści środki wybuchowe itp.) i zablokować drogę konwojowi, zwalając na drogę okoliczne drzewa. Te strategiczne decyzje powzięto w ciągu jednego popołudnia-wieczoru, czekając na rozwój wydarzeń przy mostowej przeprawie.

  Nazajutrz, gdy wszyscy byli gotowi do działań: saperzy i pancerniacy do przeprawy, mieszkańcy Nowosiółek do działań obronnych – ktoś wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł: zapytał żołnierzy, po co tu czołg. Sprawa się wyjaśniła i rozwiązała pokojowo – nie obyło się przy okazji bez niedomówień: boć transport czołgu to przecież tajemnica wojskowa i oficerowie nie chcieli z „byle kim” rozmawiać o takich strategicznych przedsięwzięciach. Choć ponoć były patriotyczne głosy niezadowolenia, że: „mogło być tak pięknie…” Dodatkowo wzmocniono przyjaźń poznańsko-bieszczadzką likwidując kolejne „czarno-godzinne” – tym razem płynne – zapasy tubylców. I tak zakończyła się historia, której bohaterowie: most – kościółek i czołg do dzisiaj cieszą oczy mieszkańców i turystów odwiedzających nasze ukochane Bieszczady. Chociaż ówczesna władza musiała jeszcze, godząc się na fakt dokonany, pokazać jednak swe oblicze.

W publikacji IPN: „Bieszczady w Polsce Ludowej 1944-1989”, Rzeszów 2009, w jednym z artykułów (Piotr Chmielowiec, „Urząd Bezpieczeństwa i Służba Bezpieczeństwa w Bieszczadach. Struktura – ludzie – działalność”.) znajdujemy list mieszkańców Nowosiółek, napisany kilka dni po sierpniowej nocy, gdy „z kukurydzy wyrósł kościół” (jako pierwszy namierzył ten dokument Michał Organ). Warto go tu przytoczyć w całości:

„My mieszkańcy wsi Nowosiółek i  Zahoczewia z gminy Baligród wiemy o umiłowaniu i szczerym szacunku również dla prostego chłopa, dlatego z pełnym zaufaniem zwracamy się do ciebie, pierwszy sekretarzu, w trudnej sprawie, która zaistniała między społeczeństwem wymienionych wiosek i przedstawicielami władzy terenowej na tle budowy kościoła rzym.-kat. w Nowosiółkach. Prosimy o wyznaczenie terminu i przyjęcie delegacji naszego społeczeństwa na osobistą rozmowę w Warszawie, gdyż chcemy poskarżyć się na to, jak traktowano nasze delegacje starające się o zezwolenie na budowę kościoła, jak nie odpisywano na nasze pisma. Tu stwierdzamy szczerze: kościół wybudowaliśmy bez zezwolenia. Jeszcze teraz można to wszystko jakoś naprawić, ale nie ordynarnymi metodami policyjnymi, jakie wobec nas stosują miejscowe władze. My ze swej strony okażemy dobrą wolę, jeśli tylko ktoś zechce z nami rozmawiać. Mieszkańcy wymienionych wsi pozdrawiają z szacunkiem tow. Edwarda Gierka”. 

Znany z „umiłowania i szczerego szacunku również dla prostego chłopa” tow. Gierek wprawdzie milczał… jednak myliłby się ten, kto chciałby oskarżyć władzę ludową o bierność i lekceważenie obywateli. Reakcja była – jak i poprzednio – szybka i konkretna. Najpierw Urząd Gminu w Baligrodzie wymierzył Bronisławowi Urbanowi (właścicielowi działki, na której stanął kościół) grzywnę za przeznaczenie działki pod budowę – według planu działka miała być rolą uprawną. Miał płacić przez dwadzieścia lat po 7.200zł. – każdego roku! Sąd Rejonowy w Lesku skazał administratora parafii Hoczew, w której leżą Nowosiółki, ks. Jakubowskiego na 22 miesiące więzienia, wikariusza parafii ks. Brzuszka na 16 miesięcy więzienia (oba wyroki w zawieszeniu). Dodatkowo księży i innych świeckich Urząd Gminy, kolegia i sądy, w kilku rozprawach ukarały grzywnami i kosztami sądowymi w łącznej wysokości: prawie 350.000 zł – najniższa jednostkowa kara to ponad 26.000, najwyższa opiewała na ponad 85.000. Przypomnijmy, ówczesne średnie miesięczne wynagrodzenie oszacowaliśmy na ok. 2500 zł…

Andrzej Wesół

Źródła wykorzystane:

Bieszczady w Polsce Ludowej 1944-1989, pr. zb. pod redakcją J. Izdebskiego, K. Kaczmarskiego, M. Krzysztofińskiego, IPN, Rzeszów 2009

Kolarz Beata, Zwycięstwo wiary nad władzą, praca konkursowa, pobrane ze strony: http://uczyc-sie-z-historii.pl/pl/historia-bliska

NOWINY, dziennik PZPR, rocznik 1975, Podkarpacka Biblioteka Cyfrowa, http://www.pbc.rzeszow.pl

Archiwum Państwowe w Rzeszowie, Oddział w Sanoku; Zespół: Sąd Rejonowy w Lesku, sygn. 3