Wielkanoc po sanocku

Zwyczaje wielkanocne mieszkańców Sanoka na przełomie XIX i XX wieku były wyrazem przenikania się kultury polskiej i ruskiej. Sanok wraz z okolicznymi miejscowościami stanowił obszar koegzystencji tych dwóch grup (na 129 gmin przypadało tylko 13 czysto polskich i 9 czysto ruskich). Bardzo często zdarzały się z tego powodu małżeństwa mieszane, a co za tym szło, Wielkanoc celebrowano dwukrotnie, zgodnie z kalendarzem gregoriańskim i juliańskim.

Wielkanoc przypieczętowywała nierzadko koniec przednówka, czyli czasu kiedy na polu mało co rosło, a w spiżarniach kończyły się zapasy. Ziemia się odradzała, a wraz z nią Chrystus. Modlono się o urodzaj. Wiele wielkanocnych zabobonów wiązało się właśnie z pragnieniem uzyskania obfitych plonów podczas żniw. Były też takie, które miały przynieść zdrowie, chronić pola uprawne, gospodarstwo. Naiwne wierzenia stanowiły próbę ,,oswojenia” kaprysów natury – nieprzewidywalnych, fatalnych w skutkach. Chłopska heurystyka opierała się więc na próbie wywarcia wpływu na to, na co wpływu wywrzeć się nie da. Wiara w zabobony zaspokajała potrzeby psychologiczne, dając poczucie kontroli, bezpieczeństwa. Warto się jej bliżej przyjrzeć, szczególnie we wciąż aktualnym kontekście świąt wielkanocnych.

Józef Sulisz opisał w 1906 roku dla lwowskiego czasopisma ,,Lud” zwyczaje wielkanocne mieszkańców Sanoka i okolic. Z dzisiejszej perspektywy wydają się dziwne, zwłaszcza gdy zda się sobie sprawę, że nie czyta się o szamanach z Kamczatki tylko o prapradziadkach. Myślenie magiczne, wierzenia podszyte pierwotnym strachem są dzisiaj trudne do zrozumienia. Ich arbitralnej wartości, istniejącej samej przez się nie sposób pojąć rozumem. Dlatego może warto podejść do starych zwyczajów po prostu z etnograficzną ciekawością? Poniżej interpretuję wybrane zwyczaje, opierając się na wspomnianym artykule Józefa Sulisza z 1906 roku.

Palmy jak różdżki

Nasi podkarpaccy prapradziadowie mawiali na palmy bagnięta, bazie, bachnitki. Robili je z tego co mieli pod ręką. Palm nie było, ale wierzby, osiki, jałowce, cisy, rozmaite rośliny zielne owszem. Z ich badyli, łodyżek były klecone palmy o niezwykłych właściwościach. Po święceniu służyły do odprawiania swoistych rytuałów – uderzało się nimi trzy razy w bydło, żeby było tłuste, dawało dużo mleka i żeby czarownice trzymały się od niego z daleka (wiara w nie była na początku XX wieku wciąż żywa w niektórych zakątkach Podkarpacia). Oprócz tego okadzono, cisem chore krowy i konie, właśnie przeciwko czarownicom, kłokoczką krowę-żywicielkę, żeby masło z jej mleka było zawsze żółte, a jałowcem domostwo.

W zależności od miejscowości, palmy umieszczano później w różnych, ważnych miejscach, w izbie mieszkalnej za oleodrukami, za stajennym tragarzem, w strzesze chałupy, w stodole ze zbożem. W czasie burzy, niosącej zagrożenie niszczycielskiego gradu i piorunobicia wtykało się palmy w pole albo umieszczało się je w oknach niczym magiczne antidota. Boska moc poświęconego przedmiotu tym sposobem otaczała opieką najważniejsze sfery życia.

Topienie Judasza

Popularnym zwyczajem wielkośrodowym, obejmującym nie tylko ziemię sanocką, było topienie Judasza, czyli słomianej kukły odzianej w pozszywane gałganki. Topienie Marzanny uznawano za pogańskie, a więc godne potępienia, ale topienie Judasza już nie. Trudnym do wyrugowania tradycjom o proweniencji pogańskiej przyklejano chrześcijańskie etykietki. Chociaż niektórym trudno to sobie wyobrazić tradycja ozdabiania jajek pamięta jeszcze czasy Swarożyca i Peruna! Co do Judasza, zanim ,,wymierzało się mu ostateczną karę’’, zrzucało się go 3 razy z wieży kościelnej, po czym wlokło się go ku rzece, klekotając przy tym drewnianymi tyrkawkami. Później jak łatwo się jest domyślić, młodzież pastwiła się nad kukłą, dopóki nie porywał jej nurt rzeki.

Mniej powszechnym i iście hultajskim zwyczajem było zrzucanie kota. Na czym ono polegało? Brało się gliniane garnki na zbyciu, do największego sypano popiół i wkładano… żywego kota. Na tym nie koniec zabawy. Wspinano się z tymi garnkami na jakiś wysoki punkt i upuszczało się je w dół. Garnki się rozbijały, a biedne zwierzę – nieszczęśliwie symbolizujące Judasza opuszczającego wieczernik, uciekało przed zgrają goniącej go młodzieży. Cóż… koty nie od dziś padają ofiarą stereotypu fałszywych.

Wielki tydzień

W Wielki Czwartek życie zwalniało tempa w imię oddalenia się od profanum. Przedstawiciele starszego pokolenia rozpoczynali postną ascezę trwającą aż do niedzieli, jednogłośnie wyrzekano się pracy – należy tu dodać, że pracy połączonej z hałasem. Kobiety odkładały więc klekotające nas Sanem kijanki, mężczyźni siekiery. Jedynym głośnym dźwiękiem rozchodzącym się w Wielki Czartek był dźwięk kościelnych dzwonów. Gdy te biły na ,,Gloria” trzęsło się drzewami owocowymi, aby te pięknie rosły i wydawały dużo owoców. Mówiono przy tym ,,Stawaj drzewo urodzaje, bo Pan Chrystus zmartwychstaje’’. Generalnie uważano, że Wielki Tydzień sprzyja wegetacji, dlatego sadzono i szczepiono wówczas drzewa z nadzieją że się przyjmą i za ,,dziesiąt’’ lat ich rosochate gałęzie dadzą cień potomkom.

Wielki Czwartek był też dniem, w którym kobiety zaczynały ozdabiać jajka, co trwało aż do poniedziałku wielkanocnego. Wierzono, że początek tradycji ozdabiania jajek dała jeszcze ,,Matka Boska, która chcąc swego Syna z rąk Piłata wykupić, pomalowała jaja i zaniosła je do niego. Ale Piłat odmówił Jej prośbie. Matka Boża, boleścią zdjęta, opuściła zawiniątka z pisankami, które się rozsypały po wszystkich częściach świata i stąd ludzie nauczyli się je robić’’. Dając tym samym wyraz kunsztowi sztuki ludowej! Na terenie ziemi sanockiej barwiono jajka na czerwono, brązowo, różowo, niebiesko. W tym celu robiono wywary z łupin cebuli, liści czerwonej kapusty czy buraków, które ekstrahowały naturalny barwnik z roślin. Takie kolorowe jajka ozdabiano później wzorami, przedstawiającymi gwiazdy, palemki, rózgi, spiralne szlaczki i co się jeszcze komu zamarzyło!

W Wielki Piątek boska moc przenikała świat fauny i flory. Zwierzyna łowna i ryby pogrążały się w stan zadumy, pozbawiającej naturalnego instynktu ucieczki (Nie trzeba dodawać kto z tego korzystał) Wartkie strumienie rzek i potoków niosły uzdrowienie. Wierzono, że ci, którzy zażyją w nich kąpieli o północy, nie będą cierpieli na ból oczu i głowy. Jednak był jeden warunek – z kąpieli trzeba było wracać w milczeniu, prowadząc co najwyżej pokorny monolog z własnym sumieniem, co dla jednych mogło być zadaniem prostym, a dla innych trudnym. W Wielki Piątek podobnie jak w Wielki Czwartek nie można było hałasować przy pracy i co ciekawe, czesać się, bo groziło to szybszym rozkładem głowy po śmierci. Dlaczego? Nie wiadomo.

Oczekiwania czas

W Wielką Sobotę o poranku palono kolczaste gałęzie tarniny przed kościołem. Rozgrzane węgle z ogniska wrzucano prosto do kubła wody, którą święcono i skraplano siebie, członków rodziny, zabudowania gospodarskie. Niedopalone gałązki wybierano później ze zgliszcz ogniska, żeby, wetknąć je w strzechę – miało to stanowić ochronę przed pożarem. Po południu, co powinno być znajome, przygotowano jedzenie do koszyka. Pakowano do niego jaja gotowane, słoninę, kiełbasę, chrzan, ocet, sól, masło, placek i chleb. Szło się z tym jak dziś, pod kościół lub pod dwór szlachecki, na który przyjeżdżał ksiądz. Po święceniu, gospodynie czekał mały spacer, mianowicie musiały obejść z koszykami trzykrotnie zabudowania gospodarskie, żeby uchronić je przed piorunami. Bardzo się obawiano niszczycielskiej siły żywiołów!

Po święceniu następował czas czekania, które postny głód czynił z pewnością uporczywym. Jeśli ktoś nie potrafił się powstrzymać i uszczknął coś z koszyka, w niedzielę serwowano mu ponoć chodaki. Wniosek z tego taki, że warto było zachować wstrzemięźliwość.

Wielką Niedzielę zaczynało się poranną rezurekcją. Po niej odbywało się uroczyste śniadanie przy krytym obrusem stole – zasiadano przy nim dosłownie od święta. Codzienne posiłki spożywano mniej doniośle tj. na ławach, stołkach. Ze świątecznego posiłku zachowywano okruchy z babek, żeby rozrzucić je na szczęście przy sianiu zboża. Nie wyrzucano nawet skorupek jaj, sypało się je po dachu, żeby drób się dobrze chował, po grządkach, żeby kapusta była biała i zdrowa. Nie było w koszyku niczego co by się zmarnowało. Ziemia, ludzie, zwierzęta sycili się w świątecznej radości. Nikomu nie szczędzono, bo wkrótce miała nadejść ciężka praca w polu, której zapłatą były plony. Gorliwa chłopska wiara pozwalała wierzyć, że nic nie zakłóci ich wzrostu.

Poniżej zamieszczam link do czasopisma ,,Lud’’, w którym można znaleźć oryginalny artykuł Józefa Sulisza. Zachęcam do lektury!

https://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/108698/edition/120669?language=pl

PS Na zdjęciu sanockie Błonie i surrealistycznie wznosząca się pisanka…

Marcelina Kozłowska