Był sobie malarz…

Jak Nikifor Krynicki wyszedł z cienia? Na to pytanie nie sposób odpowiedzieć jednym zdaniem. Do jego rozgłosu przyczyniła się życzliwość paru osób i duch czasu. Malarstwo w drugiej połowie XX wieku stało się bardziej inkluzywne. Zaczęto doceniać tzw. malarzy naiwnych, prymitywistów uprawiających sztukę w swoim stylu, bez akademickiego rozeznania. W ich poczet wlicza się Nikifor, dostrzeżony przez małżeństwo Banachów. W tym, w czym inni widzieli dziecięcą nieudolność, bazgroły, Banachowie widzieli ekspresyjność, doskonałe poczucie koloru. Temu zachwytowi towarzyszyła wielka empatia i współczucie. Życie krynickiego malarza było trudne, potrzebował nie tyle mecenasów sztuki, co czułych opiekunów, których prawdopodobnie nigdy wcześniej nie posiadał.

Nikifor, czyli kto?

Trudno nakreślić szkic biograficzny Nikifora bez pozostawiania luk. Długo nie było nawet wiadomo jak się nazywał. Nadano mu nazwisko ,,Krynicki’’ ad hoc, żeby wyrobić mu dowód osobisty i paszport. Dopiero po śmierci artysty, dzięki inicjatywie organizacji ,,Zjednoczenia Łemków’’ udało się ustalić, że Nikifor Krynicki to w rzeczywistości Epifaniusz Drowniak.

Urodził się w 1895 roku jako nieślubny syn naznaczonej piętnem biedy i głuchoty Łemkini. Jego ojciec nie był znany. Niektórzy twierdzą, jakoby był nim słynny impresjonista – Aleksander Gierymski, przebywający w krynickim pensjonacie ,,Trzy Róże’’, jak zresztą wielu artystów w tamtym czasie.

Sam Nikifor niewiele mógł o sobie opowiedzieć. Odziedziczył po matce głuchotę. Mówił trudnym do rozszyfrowania mamrotem. W komunikacji pomagała mu gestykulacja, np. gdy mówił o przyszłości intuicyjnie wyciągał ręce przed siebie, a gdy mówił o przeszłości kierował ręce za siebie. Przez brak specjalnej opieki w newralgicznym dla rozwoju okresie dzieciństwa, jego problemy z mową się pogłębiły. Tym samym Nikifor stracił możliwość werbalizowania swoich przeżyć, uczuć. Malarstwo stanowiło dla niego rekompensatę, jak sugerują w książce ,,Historia o Nikiforze’’ Banachowie: ,,człowiek ten odgrodzony od świata ułomnością mowy, zamknięty był zupełnie w swym wnętrzu, niedostępny dla nas jak dom bez okien i drzwi. Malował i tworzył dla siebie jak więzień, który śpiewa ustami zamkniętymi. Rozprzężenie psychiczne, jakie niewątpliwe owładnęło duszę tego głuchoniemego, nie dosięgło jego sztuki. Przeciwnie cechuje ją opanowanie wewnętrzne, umiar i harmonia, budzi podziw krytycyzm w stosunku do samego siebie, nieuleganie rozlewnemu liryzmowi czy też wybujałemu barokowi, tak istotnemu dla ludzi nie panujących nad sobą.’’

Czego nie wyraził język, wyraził pędzel

Malarstwo przynosiło Nikiforowi ukojenie. Każdego dnia od dziesiątej rano do szóstej wieczorem siadał na murku krynickiego pensjonatu i malował akwarele. Najczęstszym motywem jego dziełek była krynicka architektura, na którą składały się góralskie wille, wzgórza, łemkowskie cerkwie o cebulastych kopułach. Nikifor malował także przechodniów mijających jego podniebną pracownię. Zdarzało się, że ,,nobilitował’’ wybranych do rangi świętych. W malarstwie Nikifora ujawniał się wpływ religii. W każdą niedziele uczestniczył w greckokatolickich liturgiach, musiał więc kontemplować nadzwyczajną sztukę ikon. Nie brakowało w jego dorobku także autoportretów. Nikifor przedstawiał się w nich tak jak chciał się widzieć – bywał elegancko ubranym urzędnikiem, malarzem siedzącym w zamyśle przed sztalugą. Ja idealne brało górę nad Ja realnym, pozwalając tym samym na zaspokojenie niemożliwych do zrealizowania w rzeczywistości potrzeb. Nikifor z zuchwałością, właściwą prymitywom podchodził do swoich wytworów; podpisywał się na nich znamiennie jako ,,Matejko’’, chcąc zapewne podkreślić, że tak jak on jest asem polskiego malarstwa. Patrzył przez pryzmat specyficznej jakości swojego malarstwa na dzieła innych twórców, surowo oceniając ich poczynania.

Kiedy krynicki artysta malował, otaczał go tłum gapiów, składający się z okrutnie nabijających się dzieci i nieprzychylnie nastawionych turystów. Traktowany pogardliwie, a w najlepszym wypadku protekcjonalnie długo musiał czekać na uznanie. Do odwiniętego do góry dnem kapelusza zbierał ,,datki’’. Miał w zwyczaju żebrać, co przyczyniało się do postrzegania go jako niewartego uwagi dziada, osoby godnej politowania. Dopełnieniem tego wizerunku był tzw. list żebraczy, w którym Nikifor prosił o jedzenie, materiały do malowania. W zamian miał do zaoferowania kawałek kolorowego świata na tekturce. Było to o tyle upokarzające, że Nikifor nosił ów list, zawieszony na piersiach.

Dobrodzieje Nikifora

Jeśli zdarzało się, że ktoś okazywał krynickiemu malarzowi zainteresowanie, wyciągał spod marynarki wymięty artykuł sprzed wojny, w którym to Jerzy Wolff pochlebnie wypowiadał się o nim i jego twórczości. Jak każdy artysta, Nikifor czekał na aprobatę, utwierdzającą w przekonaniu, że to co robił było dobre. Otrzymał ją późno, w wieku pięćdziesięciu paru lat, kiedy to rzeczeni Ella i Andrzej Banachowie wzięli go pod swoje skrzydła. Życzliwy stosunek, nieskrywane uznanie dla jego akwareli, pozwoliły Banachom na zbliżenie się do Nikifora. Nieprzywykły do bycia słuchanym, odnalazł w nich wiernych odbiorców. Sympatii tej towarzyszyła troska o byt Nikifora. Podczas pobytu w Krynicy, Banachowie zaopatrzyli go w ubrania zimowe i nabyli sporo jego obrazków, napełniając w ten sposób jego kieszeń.

Co więcej, poczynili polityczne pertraktacje, mające zapobiec przesiedleniu krynickiego artysty na ziemie odzyskane w ramach Akcji Wisła. Jako Łemko, grekokatolik był zagrożony ,,wyrwaniem’’ ze swojego krynickiego mikrokosmosu, w którym nie miał może cieplarnianych warunków, ale który był dla niego znany, jedyny i niezastąpiony. Niedołężność uniemożliwiłaby Nikiforowi adaptację na nieznanym terenie – argument ten zdawał się przekonywać krakowskie władze, do których zwrócili się Banachowie. Jednakże pomimo wszelkich starań, i tak został w 1948 przesiedlony, najprawdopodobniej w okolice Szczecina.

Celem Banachów było wówczas jak najszybsze sprowadzenie Nikifora z powrotem. Postarali się o publikację artykułu w ,,Dzienniku Literackim’’, w którym naświetlili sytuację. Trudno powiedzieć, czy było to pomocne, ale dwa miesiące później Nikifor powrócił do Krynicy. Z podróży, mającej bardziej charakter banicji, przywiózł kapitańską czapkę z kotwicą i akwarele, przedstawiające Pomorzan.

Beskidzkie wzgórza nad Sekwaną

Wyrwawszy się z powojennych zawirowań polityki, Nikifor mógł wrócić do malowania ukochanej Krynicy. Banachowie w dalszym ciągu mu pomagali, jednocześnie aspirując do pokazania jego arcydziełek szerszemu gronu odbiorców. Zaczęli od polskich galerii, a skończyli na francuskich! Jednym z największych sukcesów jakie odnieśli była wystawa w paryskiej galerii Viery Diny na wiosnę, 1959 roku. Beskidzkie wzgórza znalazły się nad Sekwaną i nie tylko. Droga do międzynarodowego rozgłosu była oczywiście bardzo długa i wymagała od Banachów zmysłu organizatorskiego, nieraz siły perswazji. Promowanie twórczości Nikifora było przeplatane walką o jego podupadające zdrowie. Cierpiał na gruźlicę i konieczne było leczenie, co nie było w jego przypadku wcale proste. Wzdragał się przed przebywaniem w sanatoriach . Często z nich uciekał, tylko w Krynicy zaznając spokoju.

1959 rok był punktem zwrotnym w karierze Nikifora. Jego prace wystawiano w wiodących prym galeriach sztuki. Powyższy plakat informował o wystawie w brukselskiej ,,La Proue’’. Zaszczycił ją swoją obecnością Marian Pankowski – wybitny znawca kultury, z pochodzenia Sanoczanin. Pozytywnie zrecenzował wystawę.

Chociaż gruźlica postępowała, zagrażając życiu Nikifora, jego codzienność nie uległa przez to drastycznym przemianom; rytmem dnia nadal rządziły stare przyzwyczajenia, w które wpisywało się całodzienne malowanie. Lata 60. XX wieku były czasem największej sławy Nikifora, nie miał więc problemów ze znajdowaniem nabywców na swoje dziełka. Popyt wręcz przekraczał podaż, zmuszając krynickiego malarza trochę do pracy na akord. Odbiło się to ujemnie na jego twórczości. Przestał zaskakiwać tak jak kiedyś, przeżywając może nie tyle kryzys twórczy, co zmęczenie chorobą.

Potrzebującym opieki Nikiforem zaopiekował się na starość Marian Włosiński – plastyk. Zadbał o każdy wymiar egzystencji nieprzystosowanego do życia malarza, począwszy od mieszkania, skończywszy na podróżach i towarzystwie, którego Nikifor nader wszystko potrzebował. Meandry ich relacji w bardzo ciekawy sposób ukazuje film ,,Mój Nikifor’’ w reżyserii Krzysztofa Krauzego. W niełatwą do odegrania rolę Nikifora wcieliła się Krystyna Feldman, w czym niewątpliwie pomogły jej niezwykłe zdolności aktorskie i silnie zmaskulinizowane rysy twarzy. Film zdecydowanie warto obejrzeć, bo przybliża postać Nikifora tak, że chyba bardziej się nie da!

Nikifor we wspomnieniach Janusza Szubera

Na koniec, ku pogłębieniu refleksji na temat krynickiego malarza pozostawiam mini-prozę Janusza Szubera. Sanocki poeta był związany z Krynicą przez dziadka, uczącego w tamtejszym gimnazjum greki i łaciny. Razem z rodziną przyjeżdżał co roku do beskidzkiego miasteczka na wakacyjny wypoczynek. Pozostała mu po tym kolekcja arcydziełek spod pędzla Nikifora. Kontemplując je po latach, przywołuje dziecięce impresje związane z osobą malarza.

,,To musiał być głęboki zachwyt-uchwyt, olśnienie, podziw. Stawałem przy nim i patrzyłem, jak na niewielkich kartkach, nieustannie, jakoś tak owadzio, jakby wysuwał z siebie przędziwo, maluje. A jednocześnie było w tym coś dziecięco naiwnego … i te kolory!

Schła na nagrzanym murku nadgryziona bułka albo ogryzek niedojedzonego jabłka, w drewnianym kuferku gotowe już obrazki, obok miseczka z drobnymi, którymi płacono za te arcydziełka. I on, miniatura stracha na wróble, w jakichś znoszonych płóciennych pantoflach, spłowiałym kapeluszu, obojętny na przygodnych gapiów. Późnym popołudniem szedł deptakiem w stronę Krynicy-wsi, przystając przed ławkami, prosząc niemo o wsparcie, wskazując na wiszącą na piersi, oprawioną w ramkę i szkło, kartkę. Minęły lata, a ja ciągle na niego patrzę. Pastele – cerkiewka, gimnazjum krynickie, święte z chorągwi cerkiewnych, autoportret w garniturze urzędnika z teczką na tle pijalni Jana – wiszą w moim domu. Wyciągam z biurka albumy i teki z reprodukcjami jego obrazków, aby karta za kartą, odbywać nieruchomą podróż w świat jego sztuki i mojego dzieciństwa, bo w przypadku Nikifora nie potrafię tych dziedzin od siebie rozdzielić. Powinienem dodać: na szczęście, albowiem już niedługo po tym zaczęła mnie udręczać inność innych, i każdego z osobna, w gruncie rzeczy poza jakimkolwiek zrozumieniem. I, jakby tego było mało, udawanie przed sobą i przed innymi, że się takim samym jest jak oni’’

Sanok oczami Nikifora.

Marcelina Kozłowska

Źródła do literatury cytowanej i obrazków są dostępne w redakcji.