Kim byli beskidnicy?

Beskidnicy, tołhaje to nazwy określające karpackich zbójów. Ich działalność nie miała charakteru przejściowego. Od XIV do XVIII wieku byli nieustępliwi w czynieniu rozboju. Daleko im było przy tym do dobrodusznych rzezimieszków pokroju Janosika czy Robin Hooda.

Traktowane synonimicznie pojęcia ,,tołhaje’’ i ,,beskidnicy’’ nie do końca oznaczają to samo. Pierwsze określa zbójów zamieszkałych po węgierskiej stronie Karpat, grabiących polską stronę pogranicza. Z kolei beskidnicy to nazwa szeroko obejmująca zbójów bieszczadzkich, jak i beskidzkich. W przeciwieństwie do tołhajów, beskidnicy byli postrachem węgierskiej strony pogranicza. Obowiązywała zasada, że nie grabi się ,,swoich”. Łatwiej było wówczas sprzedać złupiony towar po rodzimej stronie. Ponadto obeznani doskonale z karpacką fizjografią terenu zbóje mieli przewagę w razie ewentualnego pościgu.

Złapanie kończyło się karą śmierci, torturami. Zbóje zdawali sobie sprawę z ryzyka wiszącego nad nimi jak miecz Damoklesa, co nie powstrzymywało ich przed przestępczą działalnością. Niekoniecznie oznaczało to, że musieli być pozbawionymi skrupułów degeneratami. Należy zachowanie beskidników rozpatrywać w kontekście społecznym, w jakim byli osadzeni. Ich zbiorowość składała się przede wszystkim z chłopów, których pochodzenie było determinujące; uważano, że nadają się tylko do mechanicznej pracy cepem i sierpem. W takich okolicznościach nie było najmniejszych szans na awans społeczny.

O losie chłopów decydował Pan, który nierzadko był okrutny, stosował przemoc. Ucieczka ze wsi i wstąpienie do hordy zbójów były wyrazem sprzeciwu. Jednak trzeba w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć, że działalność zbójecka nie przybierała charakteru walki klasowej. Musiałaby być wówczas selektywna, a na celowniku choć była głównie szlachta, byli też wędrowni kupcy, bogaci chłopi. Nadrzędnym kryterium, decydującym o podjęciu decyzji o ataku była wartość łupu i potencjalna wielkość start związana z napadem.

Janosik legendarnie symbolizował walkę klas, co wpasowywało się w myśl systemu socjalistycznego

Szlaki komunikacyjne

Karpaty były idealnym miejscem do zbójeckiego życia. Przebiegały przez nie wzdłuż i wszerz szlaki komunikacyjne. Najbardziej ożywiony handel prowadzono z Węgrami. Z Polski eksportowano głównie ołów, sól, sukna zagraniczne, krajowe, zwłaszcza produkcji gorlickiej, bieckiej, strzyżowskiej, sądeckiej, krakowskiej i krośnieńskiej. Z kolei dominantą wśród importowanych z południa towarów było wino. Przywożono go w hektolitrach na dwór Władysława Jagiełły, Jana Olbrachta. Zyskało tak dużą popularność, że w 1505 roku Węgrzy uzyskali monopol na handel nim.

O uczęszczalności polsko-węgierskich szlaków komunikacyjnych świadczą nakładane na kupców obowiązki. Kazimierz Jagiellończyk wydał w 1470 przywilej, w ramach którego zajmujący się handlem obwoźnym Węgrzy musieli zatrzymywać się w Sanoku. W XVI wieku w wielu karpackich miejscowościach, m.in. Brzozowie, Jaćmierzu, Krośnie, Rymanowie, Sanoku, Tyrawie, Szczawnem i Zarszynie kupcy musieli opłacać myto.

Napady małe i duże

Nie jest zaskakujący fakt, że podróżujący szlakami komunikacyjnym wiodącymi przez góry i lasy często padali ofiarą napadów. Znający newralgiczne zakamarki beskidnicy mogli atakować z zaskoczenia, odcinając drogę ucieczki nieszczęśnikom. Prawdopodobieństwo bezstratnego wyjścia z takiego napadu było niskie, tym bardziej, że stan dróg był kiepski.

Okresem nasilonych ataków beskidników były jarmarki, czyli odświętnie wypadające targi, na których można było nabyć na co dzień trudno dostępne towary. Miejscowa ludność licznie na nie ściągała, co dla beskidników oznaczało więcej potencjalnych ofiar do bezlitosnego ,,obrania’’.

O ile napady na pojedyncze osoby odbywały się spontanicznie, o tyle napady na dwory wymagały obmyślenia strategii. W zbójeckiej strukturze nie mogło zabraknąć przywódcy, czyli hetmana, watażki. Do takiej roli często predysponowały zdobyte wcześniej doświadczenie. Bywało, że w przywódców wcielali się sołtysi, kniaziowie, podupadli szlachcice, dezerterzy z armii koronnych lub prywatnych wojsk magnackich, a nawet popi. Dobrze zarządzana zbójecka zgraja przybierała charakter organizacji na wpół wojskowej. W forsowaniu napotykanych podczas napadów przeszkód niezbędna była broń, która wbrew pozorom nie ograniczała się do prymitywnych toporków czy siermiężnych maczug. Zbóje dysponowali mieczami, szablami, nożami, rohatynami, spisami, łukami, arkanami, a od XVII wieku bardziej zaawansowanymi hakownicami, muszkietami, pistoletami, pasami z ładunkami do broni palnej.

Przed większym napadem beskidnicy wysyłali tzw. zwojca, który przyglądał się rytmowi pracy dworu, słabym punktom jego obwarowania. Dopiero po rozeznaniu naradzano się wspólnie nad przebiegiem całej akcji, dodawano sobie odwagi spirytualiami i wreszcie uderzano w dwór. Najlepszą porą na przeprowadzenie takiegoż procederu była oczywiście północ, kiedy mieszkańcy byli już pogrążeni we śnie. Ciemność sprzyjała dezorientacji, utrudniała oszacowanie liczby osób, która przedarła się na posesję.

Zbóje starali się nie dopuścić do zabójstwa nikogo z rodziny szlacheckiej; mogłoby się to dla nich skończyć wendettą. Brali co mogli i szybko się rozpierzchali. Nieraz w trakcie pościgów porzucali ciężkie przedmioty, spowalniające tempo ucieczki, kryli się po leśnych kryjówkach. Kiedy robiło się już bezpiecznie, spotykali się w celu podziału łupów. Niektórzy jak najszybciej je spieniężali, inni dawali na przechowanie zaufanym znajomym albo ukrywali w znanych sobie tylko miejscach. Znane z legend, szlachetne obdarowywanie biednych nie miało miejsca. Obowiązywała zasada ,,coś za coś’’.

Napady nie zawsze kończyły się dla wszystkich zbójów zwycięsko. Złapanych czekały katusze. W szeroki repertuar kar wliczało się ,,darcie ze skazanego trzech lub czterech pasów skóry, wieszania na haku za żebro, ćwiartowania żywcem, wplatania w koło, wbicia na pal, łamania kołem, wbijania ćwieków (gwoździ) w ciał, szarpania rozpalonymi obcęgami lub rozszarpywania końmi.’’ Beskidnicy uważali zawieszenie za żebro na godny i honorowy sposób śmierci.

450 lat zbójectwa

Przez blisko 450 lat zbóje pozostawali nie do zwalczenia. Ostateczny kres ich działalności położyła pacyfikację karpackiej granicy przez wojska cesarskie, będąca reperkusją Wiosny Ludów z 1848 roku. Szlachta polska nie potrafiła sobie sama poradzić z beskidnikami z kilku powodów. Jednym z nich było mało sprawcze ustawodawstwo. W 1618 Zygmunt III Waza wydał uniwersał, w którym zamknął granicę z południowymi sąsiadami. Jednak w mniej strzeżonych miejscach granice były przepuszczalne, z czego najlepiej zdawali sobie sprawę właśnie zbóje. Skale problemu i niemoc w poradzeniu sobie z beskidnikami odzwierciedla fakt, że w XVII wieku Sejm Walny uchwalił aż 23 konstytucji, stawiających sobie za zadanie ograniczyć działalność zbójów. Żadna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, wobec czego szlachta musiała radzić sobie we własnym zakresie.

,,W 1647 roku ziemianie sanoccy uchwalili własne laudum o obronie ziemi sanockiej przed zbójnikami. Nakazywało ono szlachcie, dziedzicom, dzierżawcom, duchownym, arendarzom i ich poddanym, aby zgłaszali do grodów wszystkie przypadki rozboju, a po ustaleniu winowajców lub ich pomocników, pozywali do sądu w ciągu tygodnia, bez względu na ważność osoby.’’ Laudum niewiele wniosło, tym bardziej, że XVII wiek upłynął pod znakiem zacietrzewionych walk z kozakami i Szwedami. Konieczne stało się wdrożenie doraźnych środków, które miały zapobiec rozpanoszeniu się zbójów, zaktywizowanych historycznymi załamaniami. W 1649 szlachta wysłała na pogranicze 50 jezdnych harników i 50 smolaków w celu strzeżenia bezpieczeństwa granicy . Ich obecność na pograniczu nie okazała się zbyt pomocna. Zbójectwo tak przybrało na sile, że sanockie rycerstwo nie mogło wywiązać się z obowiązku udziału w wojnach związanych z potopem szwedzkim. .

Sukcesywnie zwiększano liczbę strażników pogranicza. ,,W 1679 r. Król Michał Korybut Wiśniowiecki na prośbę sejmiku wiszeńskeigo – skierował na pogranicze polsko-węgierskie stałą straż z 20 żołnierzy piechoty wybranieckiej . Oddział ten przetrząsał nieustannie góry Bieszczadów i części Beskidu Niskiego tropiąc wszędzie zbójników, organizując na nich zasadzki na ścieżkach leśnych i pościgi na szlakach komunikacyjnych’’

Zbóje zwalczają zbójów

Zawodowym zwalczaniem zbójów zajmowali się wcześniej wspomniani harnicy, smolaki, a także puszkarze. Tych ostatnich powoływano do obrony dworów, ścigania beskidników po okolicznym terytorium. Szkopuł polegał na tym, że sami czynili rozbój, tyle że pod przykrywką. Podczas rzekomych rewizji we dworach zgarniali różne wartościowe rzeczy, ogołacali z zapasów pasterskie koliby, kradli owce. Puszkarze pozostawszy bez nadzoru naczelnika, wychodzili z założenia, że to okazja czyni złodzieja…

Smolaki zajmowali się nomen omen produkcją smoły, węgla drzewnego. Ciężka praca w trudnych warunkach zahartowywała ich. Stanowili więc dobry materiał do walki z beskidnikami, podobnie jak harnicy. Rekrutacją bitnych chłopów zajmowali się podlegli rotmistrzom hetmani. Zajęcie, które oferowali nie było wcale atrakcyjna. Powszechnie nim pogardzano (smolacy i harnicy także mieli na sumieniu kradzieże) a zarobki nie stanowiły rekompensaty. Być może motywacją była wrodzona skłonność do poszukiwania wrażeń, okazja do upustu emocji.

Działania podejmowane w celu utrzymania wewnętrznego bezpieczeństwa nie były nigdy wystarczające. Paradoksalnie szlachta, która miała największy interes w zwalczaniu przestępczości, przyczyniała się do niej sama. Sarmacka obyczajowość, zobowiązująca do bronienia honoru doprowadzała do ciągłych zajazdów pomiędzy stronami konfliktu. Szlachta korzystała przy tym z ,,usług’’ zbójów, lisowczyków. Interes własny niezmiennie był przekładany ponad dobro wspólne. Mimo nakazów szlachta niechętnie angażowała się w pościgi za zbójami. ,,Uganianie się za chłopami po górach godziło w honor szlachecki i tradycyjną rycerskość’’. Wysocy rangą urzędnicy również nie mogli poszczycić się nieposzlakowaną moralnością. Korupcja zdarzała się ustawicznie, co nie znaczy, że nie zdarzały się jednostki zaangażowane w wymierzanie sprawiedliwości.

Taka konfiguracja faktów tłumaczy do pewnego stopnia, dlaczego beskidnicy byli tak długo obecni na terenie Karpat. Po prostu nigdy nie starano się ich tak naprawdę wyrugować. Na przeszkodzie stały problemy lokalne i ogólnopaństwowe. Zbóje byli złem koniecznym, odzwierciedlającym niedołęstwo, bezsilność, brak solidarności władz. Można interpretować też ich działalność jako odpowiedź na ucisk, niepewność losu. To one są czynnikami tak często doprowadzającymi do wyboru ścieżki przestępczości.

Dzisiaj beskidników utrwalają już tylko legendy, których piękno polega zasadniczo na tym, że wplatają odrobinę nadziei w brutalny realizm… Skarby, szlachetne serca i przemożna siła dobra są tym, co w nich można napotkać.

Podstawą dla napisania tego tekstu i jednocześnie źródłem cytowań jest poniższa książka. Stanowi pełnowartościową publikacją na temat życia zbójów. Można przekrojowo przyjrzeć się w niej różnym jego wymiarom.

S. Orłowski, Tołhaje, czyli zbóje w Bieszczadach, Rzeszów 2009.

Marcelina Kozłowska